Nazwa teatru, który prowadzi reżyser i autorka scenariuszy Ksenia Bardadyn, nie jest przypadkowa. Grupa przyjęła imię św. Genezjusza, patrona aktorów i ludzi teatru. – To postać ze starożytności, poganin, który nawrócił się... na scenie. Podczas jednego z antycznych przedstawień odgrywano scenę chrztu, wypowiadając formułę wg jej brzmienia. I choć aktorzy nie wierzyli, Duch Święty zstąpił. Genezjusz nawrócił się w trakcie spektaklu, a ze sceny schodził już jako świadek Chrystusa. Za to później został ścięty – opowiada p. Ksenia. Jak dodaje, ta historia od początku ją poruszała i dzięki prezentowaniu takich historii teatr może prowadzić ludzi do Boga.
Jezus w centrum
To nie jest zwykły teatr, a bardziej modlitwa: w centrum każdego spektaklu jest Jezus. – Każdy spektakl jest o Nim, choć opowiadany oczami świętych dzieci. To nie jest teatr dla teatru. To jest moja służba. Po prostu tak mnie Bóg poprowadził – mówi K. Bardadyn. W ciągu 4 lat powstały trzy przedstawienia. Pierwsze – o bł. Carlo Acutisie nosiło tytuł „Obecny Jezus oczami św. Carla Acutisa”. Drugie opowiadało o bł. Imeldzie Lambertini, dziewczynce, która tak bardzo pragnęła Komunii św., że jej pytanie: „Jak to jest przyjąć Jezusa i nie umrzeć z miłości?” stało się osią całej historii. Trzeci, najnowszy i najdłuższy, zagrali 2-krotnie w salce na Górnym Borze – w listopadzie ub.r. premierowo i w tym roku przed Wielkanocą. To opowieść o św. José Sánchezie del Río, 14-letnim męczenniku z Meksyku. – Pisałam ten scenariusz 2 lata temu i nie wiedziałam, że temat stanie się tak aktualny: odbieranie ludziom prawa do wiary, zakazy, ograniczenia… To wszystko już było. W Meksyku zaczęło się od drobiazgów: zakazu bicia dzwonów, wycofania religii ze szkół. Małe kroki, które doprowadziły do tego, że za wiarę groziła śmierć – opowiada. Historia młodego José porusza serca widzów. Chłopiec, który nie chciał się złamać mimo tortur, który nie pozwolił rodzicom wykupić się z więzienia, który do końca powtarzał: „Niech żyje Chrystus Król!”. W spektaklu pojawia się scena jego ostatniej drogi. Chłopiec, prowadzony przez żołnierzy, idzie z pociętymi stopami po kamienistej drodze aż na cmentarz. – To jest mocna scena, ale prawdziwa. I potrzebna – mówi reżyserka.
Modlitwa i natchnienie
W Teatrze św. Genezjusza gra stała siódemka młodych aktorów. Zaczynali jako czwartoklasiści. Dziś część z nich chodzi do technikum, a ich możliwości – jak mówi reżyserka – rosną razem z nimi. – Spektakl o św. José trwa 1,5 godz. – to 1,5 godz. tekstu na siedem osób. Ja sama nie wiem, jak oni to pamiętają. Mają niesamowitą pamięć – śmieje się. Po spektaklach ludzie często podchodzą w milczeniu. Czasem ze łzami. – Słyszałam takie słowa: że czują wstyd. Że dzieci pokazują im, jak mało sami wierzą, jak bardzo żyją przyziemnie. Że te dzieci obnażają ich dorosłą głupotę. To nie są moje słowa, to słowa widzów. Ja tego nie komentuję. Sprzątamy po spektaklu i każdy wraca do siebie, z tym, co usłyszał – opowiada. Projekt narodził się z osobistego doświadczenia p. Kseni. – Przez wiele lat nie chodziłam do kościoła. Byłam niewierząca. Potem przyszło nawrócenie, takie wewnętrzne, głębokie. I pojawiła się myśl, żeby służyć. Tak to się zaczęło. Nie było żadnego planu. Po prostu modlitwa i natchnienie – wspomina. Sala, w której grają, została przystosowana własnymi siłami. Kurtyny, światła, scenografia – to wszystko powstało dzięki pracy męża reżyserki – Macieja Bardadyna. Muzykę do spektakli komponuje ks. Mikołaj Krzyżowski, a p. Ksenia pisze teksty piosenek. Mają już jedenaście autorskich utworów. Obecnie p. Ksenia przygotowuje kolejne scenariusze: – Jezus będzie w centrum. Zawsze. Ale tematy będą inne. Mam już następne pomysły w głowie.
Pomóż w rozwoju naszego portalu




